Cześć! Jestem Agnieszka – ,,spiritus movens” Apetytu na Świat. Od lat zwiedzam najdalsze zakątki globu, a najbardziej cieszą mnie wyjazdy w góry. Podróż do Patagonii okazała się wyjątkowa – to wyprawa na koniec świata, która na zawsze pozostanie w mojej pamięci. Planowana od kilku lat, tylko nigdy nie było czasu, okazji, odpowiedniego momentu. W końcu się udało!

Chciałabym opowiedzieć Wam o tej niezwykłej przygodzie z mojej perspektywy – dzieląc się zarówno emocjami, jak i praktycznymi wskazówkami. Zapraszam do lektury mojej relacji z podróży po Patagonii, pełnej barwnych krajobrazów, osobistych wrażeń i konkretnych porad dla kolejnych śmiałków planujących wyjazd do Ziemi Ognistej.
Moimi kompanami podróży była Gosia – nasza koordynatorka wypraw oraz Michał, niezawodny lider wypraw Apetytu.

Buenos Aires – tango, steki i miejskie życie Argentyny
Nasza wyprawa do Patagonii rozpoczęła się w tętniącym życiem Buenos Aires – kulturowej stolicy Ameryki Łacińskiej. Po długim locie z Polski wylądowaliśmy gotowi chłonąć jego niepowtarzalną atmosferę. Już pierwszego dnia, spacerując po brukowanych uliczkach zabytkowej dzielnicy San Telmo, poczuliśmy ducha tanga. Przy Plaza Dorrego trafiliśmy na miejsce, gdzie pary tańczyły tango pod gołym niebem – z pasją i gracją, jakby nikt nie patrzył. Ten spontaniczny pokaz w pełni oddaje klimat Ameryki Południowej.

Oczywiście nie samym tańcem człowiek żyje – Buenos Aires skusiło nas także kulinarnie. Argentyńska kuchnia słynie z soczystej wołowiny, więc wieczorem zasiedliśmy w jednej z lokalnych parrilla – tradycyjnych steakhousów. Za około 20 USD można tu zamówić wyśmienitego steka. Chętni mogą zamówić kieliszek malbeca – to przepis na naprawdę wykwitną kolację w przyzwoitej cenie. Co ważne, nawet Gosia (wegetarianka) była zachwycona argentyńskimi smakami – pieczonymi warzywami i empanadami (pierogami z różnym nadzieniem), które w wersji z serem i kukurydzą smakowały wybornie. Po kolacji przespacerowaliśmy się po eleganckich alejach centrum – mijając secesyjne kamienice, kawiarnie pełne mieszkańców i wsłuchując się w ulicznych grajków. Buenos Aires to prawdziwa miejska dżungla – hałaśliwa, żywiołowa, a jednocześnie niezwykle pociągająca.
Kolejnego dnia odwiedziliśmy jeszcze kilka ikonicznych miejsc stolicy: kolorową dzielnicę La Boca z jej bajecznie pomalowanymi domami i artystami występującymi na ulicy. Buenos Aires pożegnało nas dźwiękami gitary i obietnicą powrotu – czekała już dzika Patagonia.

Ushuaia – Ziemia Ognista i magia końca świata
Opuszczamy metropolię i już następnego dnia lecimy do Ushuaia na Ziemi Ognistej. Sama nazwa tej krainy – Tierra del Fuego – rozbudzała moją wyobraźnię od dawna. To archipelag na samym południowym krańcu Ameryki Południowej, oddzielony od kontynentu Cieśniną Magellana. Lot do Ushuaia trwał kilka godzin, a ja z ekscytacją wypatrywałam przez okno pierwszych gór i kanału Beagle. W końcu wylądowaliśmy ,,na końcu świata” – w najbardziej na południe wysuniętym mieście na Ziemi.

Po zakwaterowaniu w małym hoteliku ruszyliśmy na wieczorny spacer po mieście. Ushuaia ma niepowtarzalny klimat – z jednej strony surowy port, z którego wyruszają statki na Antarktydę, z drugiej urokliwe małe knajpki, w których podróżnicy z całego świata dzielą się wrażeniami z podróży. Przechadzając się bulwarem wzdłuż Kanału Beagle, zatrzymaliśmy się przy słynnym znaku ,,Ushuaia – Fin del Mundo” oraz podążając do parku Tierra del Fuego zerknęliśmy na wagoniki słynnego pociągu, który jeździ na koniec świata. Ta atrakcja wydała nam się bardzo komercyjna i niewarta swojej ceny. Postawiliśmy więc na wędrówkę po parku.
Torres del Paine – wiatry, granitowe wieże i panoramy 360°
Droga z Ushuaia na północ była długa, ale piękna. W końcu nadszedł dzień, na który czekałam od początku wyprawy – wjeżdżamy do Parku Narodowego Torres del Paine, jednego z najsłynniejszych parków Ameryki Południowej. Już sama podróż do parku była pełna zachwytów: pojawiały się gwanako (dziki krewny wielbłąda występujący w Andach i Patagonii), a trawy bezkresnej pampy powiewały w argentyńskim wietrze. W Torres del Paine spędziliśmy kilka dni, odbywając trekkingi ze słynnego szlaku W. Nocowaliśmy w namiotach – bez zasięgu telefonów, ale blisko natury z widokiem na góry.

Pierwszy trekking rozpoczęliśmy znad turkusowego jeziora Pehoé, którego kolor w słońcu wyglądał nierealnie – jakby ktoś podkręcił nasycenie barw w Photoshopie. Nad taflą jeziora górują granitowe wieże i iglice – Los Cuernos (tzw. ,,Rogi”) oraz szczyty masywu Paine. Ruszyliśmy ścieżką prowadzącą na punkt widokowy Mirador Los Cuernos, skąd rozciąga się słynna panorama skalnych ,,rogów” odbijających się w wodzie. Widok dosłownie zapierał dech w piersiach – 360-stopniowa panorama dookoła nas prezentowała oświetlone słońcem szczyty, jeziora i bezkresne doliny. Następnie wspięliśmy się na pobliski Mirador Cóndor, z którego – jak sama nazwa wskazuje – często można wypatrzyć szybujące kondory.
Kolejnego dnia czekało nas większe wyzwanie – trekking pod słynne wieże Torres del Paine. Szlak początkowo biegł łagodnie przez łąki i małe potoczki, by po paru kilometrach zacząć piąć się pod górę po skalistym podłożu. Po kilku godzinach wspinaczki dotarliśmy do celu, naszym oczom ukazał się widok jak z pocztówki: trzy strzeliste wieże Torres dumnie wznoszące się nad turkusową laguną Laguna Torres u ich stóp. Panorama była tak nierealnie piękna, że zmęczenie zniknęło w jednej sekundzie.

Popularność szlaku niestety dała o sobie znać, więc mądrzejsi o to doświadczenie na kolejne wędrówki wyruszaliśmy jeszcze przed wschodem słońca lub po południu (długi dzień). Tego dnia zrobiliśmy ponad 20 km pieszo – wróciliśmy na camping nieco zmęczeni, ale szczęśliwi i chętni na więcej takich widoków.
A czekało ich jeszcze sporo – trekking pod Lodowiec Grey’a, wędrówka Doliną Francuską do punktu widokowego Britanico oraz rejs katamaranem przez jezioro Pehoé. Najdłuższa z wędrówek to ponad 30 km – od kempingu Paine Grande do punktu widokowego wcale nie była najbardziej męcząca fizycznie – po drodze sporo odpoczynku ze spektakularnymi widokami na lodowce, skalne szczyty i jezioro pozwoliło rozłożyć siły. A kto rano wstaje… ten idzie sam na szlaku. Dopiero w drodze powrotnej zaczęliśmy spotykać pierwszych piechurów.

Spektakl natury – Lodowiec Perito Moreno
Kolejnym ,,must to” Patagonii jest lodowiec Perito Moreno. Tu znowu musimy się przemieścić przez pustkowia do miejscowości El Calafate i stamtąd podjechać jeszcze godzinę do czoła lodowca. Pogoda tym razem była pochmurna, nad jeziorem Argentino wisiała mgła – miało to jednak swój urok, bo krajobraz nabrał niebiesko-szarych odcieni, idealnie współgrających z kolorem lodu.

Lodowiec ma około 5 km szerokości i aż 30 km długości, więc jego ogrom naprawdę onieśmiela. Przeszliśmy systemem kładek i tarasów widokowych naprzeciw lodowca, starając się znaleźć idealny punkt obserwacyjny. Nagle echo po okolicy poniósł donośny trzask – to fragment lodu oderwał się od czoła i z hukiem runął do wody! Ten spektakl natury powtarza się tu regularnie – lodowiec ,,cieli się”, czyli odrywają się od niego bryły lodu, które wpadają do jeziora. Staliśmy oczarowani, próbując uchwycić te momenty na zdjęciach, choć prawdę mówiąc warto czasem odłożyć aparat i po prostu przeżyć to całym sobą. Barwa lodowca była zdumiewająca: odcienie bieli i błękitu lodu wyglądały, jakby ktoś je podświetlił od środka.

Opuszczając Perito Moreno, obraliśmy kurs na El Chaltén – argentyńską mekkę miłośników trekkingu. Droga wiodła słynną szosą Ruta 40, ciągnącą się wzdłuż Andów. Za oknami przez kilka godzin widzieliśmy tylko bezkresne pustkowia pampy i odległe sylwetki gór na horyzoncie. Był to fascynujący widok – surowy, pustynny krajobraz Patagonii ma swój dziki urok. Pod wieczór wjechaliśmy do El Chaltén, malowniczo położonego u stóp masywu Fitz Roy. Już z drogi powitalnej przy dobrej pogodzie widać słynny szczyt Fitz Roy wyłaniający się spoza chmur – górujący nad okolicą niczym kamienny monument.

El Chaltén – trekking pod Fitz Roy i Cerro Torre
El Chaltén to młode miasteczko, które powstało zaledwie kilka dekad temu, właściwie po to, by obsługiwać turystów i wspinaczy przybywających w te strony. Panuje tu wyjątkowy klimat – to argentyńska stolica trekkingu, pełna backpackersów, górskich przewodników i miłośników przyrody. Główna ulica to właściwie jedna duża baza outdoorowa: sklepy z sprzętem, przytulne knajpki serwujące różnorakie dania, schroniska, hoteliki.
Nazajutrz przywitało nas bezchmurne niebo – idealna pogoda, by wyruszyć na całodzienny trekking pod Fitz Roy, czyli zdobycie punktu widokowego Laguny Torre. Wstaliśmy przed świtem, by zacząć, gdy tylko zacznie szarzeć – chcieliśmy dotrzeć na miejsce zanim zrobi się tłoczno i zanim słońce zajdzie wysoko. Już z dołu, idąc szlakiem, mogliśmy podziwiać ten granitowy monolit o charakterystycznej sylwetce przypominającej żagiel. Im wyżej się wspinaliśmy, tym widoki stawały się bardziej spektakularne. Ostatni odcinek, prowadzący ostro pod górę po kamienistym zboczu, daje w kość – to około 400 metrów stromego podejścia, które każdy pokonywał we własnym tempie.
Fitz Roy – jeśli miałabym zdecydować, który widok najbardziej mi zapadł w pamięci podczas naszej wyprawy, to będzie to właśnie ten u podnóży Fitz Roy. Sam szlak jest też dużo przyjemniejszy niż ten do Torres. Spędziliśmy na górze ponad godzinę, celebrując nasz mały sukces i robiąc pamiątkowe zdjęcia, wygrzewając się w słońcu.
Spotkanie z pingwinami – rejs na Isla Martillo
Zwiedzanie Patagonii nie byłoby kompletne bez spotkania z jej unikalną fauną. Tu warto wspomnieć o ciekawej atrakcji, jest to rejs na Isla Martillo w Kanale Beagle, znanej jako Wyspa Pingwinów. Pingwiny można też obserwować na Isla Magdalena wypływając z Punta Arenas. Jest to sporo tańsza opcja, ale płynie się wielkim statkiem, a nie jak z Ushuaia małą łodzią typu Zodiac. Podczas naszej wyprawy logistyka pozwoliła nam na spotkanie z pingwinami z wyspy Magdalena, ale teraz wiem, że jednak rejs z Ushuaia byłby lepiej trafiony.

Niemniej jednak ogromna kolonia pingwinów – tysiące małych czarno-białych ptaków drepczących nieporadnie po brzegu wyspy sprawiły masę radości. Nie da się nie uśmiechać widząc te urocze zwierzęta w ich ,,naturalnych frakach”. Przewodnik opowiedział nam, że to pingwiny magellańskie, które co roku wracają na tę wyspę, by wychować potomstwo. Obserwowaliśmy je w ciszy, by nie zakłócać spokoju kolonii – to był jeden z tych magicznych momentów, gdy człowiek czuje się gościem w królestwie natury. Tego dnia przyroda Patagonii pokazała swoje łagodne, rozczulające oblicze.

Patagonia: praktyczne porady i wskazówki
Przede wszystkim wyjazd należy zacząć planować z dużym wyprzedzeniem. Jeśli zamierzasz wędrować szlakiem W lub O w Torres del Paine (od kempingu do kemingu z plecakiem) należy zarezerwować miejsca na namiot minimum pół roku wcześniej, a i tak nie jest to proste, sporo miejsc wykupują lokalne agencje. Można też się nimi posłużyć, mając na uwadze to, że 4 dniowy trekking W to koszt około 1500 – 2000 USD. W pakiecie miejsca na kempingu, transfer do początki i z końca szlaku i czasem częściowe wyżywienie w zależności od pakietu. Ale to i tak mało w porównaniu z rejsem na oglądanie pingwinów, biletami wstępów do parków czy pozostałymi atrakcjami. W Patagonii tania jest tylko yerba mate… Pozostałe rzeczy kosztują słono. Lokalsi mają zazwyczaj inne ceny, bo mało którego Argentyńczyka byłoby stać na wejście do parku w cenie 55 USD/dzień.
Ważne
Podczas naszej podróży mieliśmy tylko 2 loty wewnętrzne i oba opóźnione, w tym jeden o 10 godzin. Ponoć to norma, dlatego lepiej mieć to na uwadze tworząc plan podróży. Kraina jest tak rozległa, że bez latania ciężko ugryźć wyjazd logistycznie.
Waluta – w wielu miejscach da się płacić kartą, ale wszechobecne są dodatkowe opłaty, prowizje, gorszy kurs. Dobrze jest mimo wszystko wziąć USD i wymienić w kantorze w Buenos.
Sprzęt – jeśli zabierasz swój namiot i śpiwór, niech będzie dobry i sprawdzony na wietrze. Można też wypożyczyć sprzęt w Punta Arenas i El Chalten, ale zawsze sprawdź, co otrzymałeś. Ubrania – pełen zakres – od krótkich spodenek po czapkę, puchówkę i rękawiczki z windstoperem.
Język hiszpański na pewno się przydaje. Oczywiście, nie jest niezbędny, ale nawet drobne podstawy mocno ułatwiają życie oraz załatwienie niektórych spraw.

Wyjazd życia, czy przesada?
Dla mnie wyjazd życia. Dlaczego? Leciałam nastawiając się, że będzie surowo, zimno, wietrznie i oczywiście widokowo pięknie. Nie sądziłam jednak, że piękno będzie aż tak porażające oraz trafi nam się tydzień słońca i tylko jeden bardzo wietrzny dzień. Poza tym, przy całej miłości do natury i gór, w moim sercu jest tylko kilka procent chęci na zwiedzanie miast. Tutaj Buenos Aires okazało się nader przyjemną i ciekawą metropolią, a tango wręcz zauroczyło.
Pingwiny, kondory, guanako – kocham oglądać naturę, tutaj zabrakło tylko pumy do kompletu, ale i tak daję 10/10.
Nie ma co się czarować – dobra ekipa to podstawa. A jeśli masz obok siebie kogoś, kto z uśmiechem wstaje o świcie, by iść dalej i zobaczyć więcej, to wiedz, że trafiłeś na towarzysza gotowego ruszyć z Tobą choćby na koniec świata – i jeszcze kawałek dalej.
Marzysz o Patagonii?
Więcej o podróży opowiemy w kolejnych wpisach.
Tymczasem jeśli chcecie razem z nami przeżyć niesamowitą przygodę na krańcu świata zapraszamy na wyprawę: Koniec świata – Ziemia Ognista i Patagonia, Chile i Argentyna.
Dlaczego warto z nami?
Program “na lekko”, logistyka jest tak ułożona, że nie musimy dźwigać ciężkich plecaków, a noclegi mamy w wygodnych 2-osobowych pokojach.
Patagonia w 17 dni – od Buenos Aires przez Ziemię Ognistą i pingwiny na Isla Martillo, po wielodniowy trekking w Torres del Paine, lodowiec Perito Moreno i szlaki pod Fitz Roy w Los Glaciares. Jeden wyjazd, wszystkie ikony południa Chile i Argentyny.
Kameralna ekipa, polski lider – grupa liczy maksymalnie 12 osób, a opiekę sprawuje doświadczony, polskojęzyczny prowadzący, więc masz gwarancję bezpieczeństwa, elastyczności i dobrego klimatu w zespole!
Zbalansowana trudność – poziom 4/5 oznacza ambitne, ale osiągalne trasy; idealne, jeśli kochasz góry i chcesz wyrwać się z tłumów, nie rezygnując z komfortu dobrze zaplanowanej wyprawy.
Logistyka bez stresu – w cenie wewnętrzne przeloty, rejs na wyspę pingwinów, bilety do parków, wypożyczenie sprzętu biwakowego w Torres del Paine oraz pełen pakiet ubezpieczenia VIP; Ty skupiasz się na widokach, my ogarniamy resztę. 😊
Jeśli marzysz o przygodzie na „końcu świata”, a jednocześnie cenisz sprawdzoną organizację i małą, zgraną ekipę – wskakuj do naszego zespołu i chodź zobaczyć Patagonię na żywo!

Wyrusz z nami na koniec świata – do Patagonii!
Wyjazd w zorganizowanej, kameralnej grupie pozwoli Ci aktywnie i dokładnie poznać piękno Patagonii. Nasze wyprawy to niezapomniane wrażenia, które pozostaną z Tobą na całe życie!
Sprawdź program wyprawy i ruszaj z nami!













