Michał Loj

Lider wypraw

O sobie

Od ponad 25 lat pracuję jako pilot wycieczek i lider wypraw. Prowadziłem grupy przez przestrzenie, które mnie ukształtowały: Alaskę, Patagonię, Himalaje, Karakorum, Atlas Wysoki, Afrykę Wschodnią, Amerykę Łacińską, Bliski Wschód i Azję. Równie często wracam do miast, które mają własny puls – Buenos Aires, Marrakeszu, Reykjavik, La Paz czy Jerozolimy, bo to w nich najlepiej widać, jak różnorodny potrafi być świat i ludzie, którzy go tworzą.

Od ponad dwóch dekad żyję w rytmie wypraw. To nie jest tylko zawód – to mój sposób bycia. Kiedy prowadzę grupę i wiatr w Patagonii stawia człowieka bokiem, a w Himalajach wysokość przypomina o granicach ludzkiej fizyczności i małości człowieka wobec natury – czuję, że jestem dokładnie tam, gdzie chcę być. Pracuję w regionach, które różnią się od siebie wszystkim: klimatem, kulturą, wysokością, tempem życia. Na Ziemi Ognistej czuję surowość końca świata, w interiorze Islandii – ciszę, która potrafi być głośniejsza niż miasto. Nepal daje mi rytm górskich wiosek, Afryka – poczucie pierwotności, a Wadi Rum – przestrzeń, która definiuje słowo „pustynia”.

Jednocześnie doceniam miasta, bo one dopełniają obrazu świata. Buenos Aires z jego pulsem pokazuje mi emocje, jakie noszą w sobie mieszkańcy południa. Marrakesz uczy zmysłów – zapachów, dźwięków i chaosu, który ma swój własny porządek. Reykjavik przypomina, że miejsce może być jednocześnie surowe i gościnne, nowoczesne i zakorzenione w naturze. La Paz i Quito pokazują, że wysokość wpływa nie tylko na oddech, ale i na rytm życia. Jerozolima jest osobnym światem – miastem, w którym historia, wiara i codzienność mieszają się na każdym metrze. Kiedy stoję na jej ulicach, widzę nie tylko geografię, ale i wszystkie warstwy ludzkich opowieści, które gromadzi w sobie od tysięcy lat. To jedno z tych miejsc, do których wracam z szacunkiem – bo nigdzie indziej czas i kultura nie splatają się tak gęsto.

Najbliżej mam jednak do gór – wiem, czym jest presja wysokości, odpowiedzialność za grupę i konieczność podejmowania decyzji, które mają realne konsekwencje. Każde takie doświadczenie przekłada się na to, jak pracuję i jak prowadzę kolejne wyprawy.
Każde miejsce uczy mnie czegoś innego – czasem cierpliwości, czasem uważności, a czasem pokory wobec rytmu kultury, która istnieje tam od pokoleń.
Podczas wypraw stawiam na bezpieczeństwo, przemyślaną logistykę i decyzje oparte na realiach terenu. Ale tak samo zależy mi na tym, aby uczestnicy poczuli świat naprawdę – w rozmowie, w tempie marszu, w zapachu miasta, w ciszy nad ranem. Wierzę, że dobrze poprowadzona wyprawa nie tylko pokazuje świat, ale zmienia sposób widzenia siebie.

John Muir powiedział kiedyś że:
„W górach odnajdujemy więcej, niż szukamy. Idziemy dla widoków, a wracamy z nową siłą, pokorą i jasnością, której nie da się zdobyć nigdzie indziej.”

I to jest chyba najbliższe prawdzie. Dla mnie.

Po powrocie do domu zwalniam tempo i resetuję się w domu. Sięgam po książki – reportaże i literaturę faktu, które pozwalają mi zanurzyć się w innym świecie. Lubię autorów, którzy piszą o rzeczywistości bez upiększeń, ale z szacunkiem do ludzi i miejsc, o których opowiadają. Takie książki porządkują mi głowę po intensywnych wyjazdach i podpowiadają nowe sposoby patrzenia na to, co widzę w terenie. Filmy i dokumenty traktuję jak ciche rozmowy – spokojne, ale zostawiające ślad.

Choć dom daje mi spokój, prywatnie również często podróżuję. Lubię jechać gdzieś, gdzie nie mam obowiązków, programu a odpowiedzialność ogranicza się do poskromienia własnych szaleństw. W takich wyjazdach uczę się najwięcej – o kulturze, tempie życia, o tym, jak ludzie funkcjonują poza trasami znanymi z zawodowych wypraw. To są podróże, które pozwalają mi rozwijać się jako przewodnik, ale też po prostu jako człowiek.

A osobista prawda jest taka, że im więcej widzę świata, tym bardziej doceniam proste rzeczy: dobrą rozmowę, spokojny wieczór z książką, film, który coś we mnie porusza, i świadomość, że jutro mogę znów ruszyć w drogę – z ciekawością, a nie z pośpiechem.