Od ponad dwóch dekad żyję w rytmie wypraw. To nie jest tylko zawód – to mój sposób bycia. Kiedy prowadzę grupę i wiatr w Patagonii stawia człowieka bokiem, a w Himalajach wysokość przypomina o granicach ludzkiej fizyczności i małości człowieka wobec natury – czuję, że jestem dokładnie tam, gdzie chcę być. Pracuję w regionach, które różnią się od siebie wszystkim: klimatem, kulturą, wysokością, tempem życia. Na Ziemi Ognistej czuję surowość końca świata, w interiorze Islandii – ciszę, która potrafi być głośniejsza niż miasto. Nepal daje mi rytm górskich wiosek, Afryka – poczucie pierwotności, a Wadi Rum – przestrzeń, która definiuje słowo „pustynia”.
Jednocześnie doceniam miasta, bo one dopełniają obrazu świata. Buenos Aires z jego pulsem pokazuje mi emocje, jakie noszą w sobie mieszkańcy południa. Marrakesz uczy zmysłów – zapachów, dźwięków i chaosu, który ma swój własny porządek. Reykjavik przypomina, że miejsce może być jednocześnie surowe i gościnne, nowoczesne i zakorzenione w naturze. La Paz i Quito pokazują, że wysokość wpływa nie tylko na oddech, ale i na rytm życia. Jerozolima jest osobnym światem – miastem, w którym historia, wiara i codzienność mieszają się na każdym metrze. Kiedy stoję na jej ulicach, widzę nie tylko geografię, ale i wszystkie warstwy ludzkich opowieści, które gromadzi w sobie od tysięcy lat. To jedno z tych miejsc, do których wracam z szacunkiem – bo nigdzie indziej czas i kultura nie splatają się tak gęsto.
Najbliżej mam jednak do gór – wiem, czym jest presja wysokości, odpowiedzialność za grupę i konieczność podejmowania decyzji, które mają realne konsekwencje. Każde takie doświadczenie przekłada się na to, jak pracuję i jak prowadzę kolejne wyprawy.
Każde miejsce uczy mnie czegoś innego – czasem cierpliwości, czasem uważności, a czasem pokory wobec rytmu kultury, która istnieje tam od pokoleń.
Podczas wypraw stawiam na bezpieczeństwo, przemyślaną logistykę i decyzje oparte na realiach terenu. Ale tak samo zależy mi na tym, aby uczestnicy poczuli świat naprawdę – w rozmowie, w tempie marszu, w zapachu miasta, w ciszy nad ranem. Wierzę, że dobrze poprowadzona wyprawa nie tylko pokazuje świat, ale zmienia sposób widzenia siebie.
John Muir powiedział kiedyś że:
„W górach odnajdujemy więcej, niż szukamy. Idziemy dla widoków, a wracamy z nową siłą, pokorą i jasnością, której nie da się zdobyć nigdzie indziej.”
I to jest chyba najbliższe prawdzie. Dla mnie.